top of page

Chciałeś mieszkać w Afryce

  • Writer: Michal Dzikowski
    Michal Dzikowski
  • Feb 17
  • 2 min read

Gdy po raz pierwszy wsiadłem za kółko swojego auta na Zanzibarze, poza radością wolności zauważyłem wyraźny wzrost poziomu stresu. Miałem wrażenie, że wjechałem, bo faktycznie wjechałem, do miejsca, gdzie drogi to świat, w którym auta prowadzą dwunastolatkowie przekonani o swojej nieśmiertelności i pozbawieni wyobraźni.

Wyprzedzanie na trzeciego. Pod górkę, z górki, na zakręcie. Kozy, krowy, dzieci na ulicy. Wszędzie ludzie na poboczach. W nocy też. Ciemnoskórzy, ubrani na czarno, bez odblasków. Dwudziestotonowe ciężarówki wypełnione kamieniami i ludźmi siedzącymi na tych kamieniach, pędzące 100 km/h przez wioski.

To wszystko okraszone brakiem jakiejkolwiek dbałości o stan techniczny pojazdu. Brak świateł stopu. Kierunkowskazy używane liberalnie w sposób, którego zrozumienie zajęło mi kolejne lata.

Prowadząc, kląłem jak szewc, denerwując się niesamowicie na beztroskę i brak szacunku do życia innych użytkowników drogi.

To trwało kilka miesięcy, aż w końcu stwierdziłem, że jestem tu gościem i aplikowanie „moich” zasad drogi nie tylko podnosi mi ciśnienie i nie ma żadnego sensu, ale też czyni mnie niebezpiecznym dla innych, bo nikt nie wie, co ja zrobię. Byłem innym na drodze.

Zacząłem jeździć tak jak reszta i pokornie przyjąłem fakt, że jeden Michał nie zmieni tego, jak jeździ 71 milionów ludzi.

Dzisiaj wiem, że im większy samochód, tym większe pierwszeństwo. Że kierunkowskaz w prawo może oznaczać chęć skrętu w prawo, ostrzeżenie „nie wyprzedzaj”, albo po prostu to, że kierowca przede mną zapomniał go wyłączyć.

Wypadki są częste, z reguły poważne, co w połączeniu z brakiem szybko reagującego pogotowia czy policji oznacza poważne problemy. Wśród nas, ekspatów, krąży opowieść, której nie chciałbym nigdy weryfikować, że jeżeli zdarzy Ci się kogoś potrącić, nie powinieneś się zatrzymać i udzielić pomocy, tylko pędzić na najbliższy posterunek i zgłosić to tam, bo jeśli się zatrzymasz, tłum, który pojawia się natychmiast, może mieć ochotę Cię zlinczować, bez względu na to, kto był winowajcą.

Nie dalej jak trzy miesiące temu skręcałem w prawo, w Tanzanii obowiązuje ruch lewostronny. Zwolniłem, miałem włączony kierunkowskaz. W połowie manewru usłyszałem huk i zobaczyłem mężczyznę lecącego w powietrzu nad moją maską.

To był kierowca boda boda, bardzo popularnej tutaj taksówki motocyklowej. Tani, w miarę szybki, wszechobecne 125 cm hinduskie lub chińskie motorki.

Nie wyglądało to dobrze. Facet leży na poboczu, jego motor pod moim autem, moje auto uszkodzone.

Zatrzymałem się, pełen adrenaliny. Motocyklista bez kasku, w klapkach, mocno pokiereszowany. Wypadek z jego winy.

Zabrałem go do najbliższej prywatnej kliniki. Zapłaciłem za pierwszą pomoc. Zapłaciłem za naprawę jego motocykla. Zapłaciłem za naprawę swojego auta.

Dlaczego, skoro to nie była moja wina?

Dlatego, że facet nie miał ani ubezpieczenia, ani pieniędzy. Dlatego, że tak prościej. Szybciej. Unikasz korowodów, które mogą ciągnąć się miesiącami, a ich wynik jest niepewny do tego stopnia, że mimo ewidentnie nie mojej winy sytuacja może się odwrócić.

Tak jest szybciej i łatwiej.

Niezgodnie z prawem? Co z tego? Czyim prawem? Jakim prawem?

Tak po prostu tutaj jest.

Miałem okazję prowadzić „pojazd mechaniczny” w wielu miejscach na świecie. Karachi. Bogota. New Delhi. Ale, i mówię to z pełną świadomością, Zanzibar jest najbardziej niebezpiecznym miejscem, w jakim zdarzyło mi się jeździć.

A jeździć muszę. Codziennie.

Za każdym razem zmuszony do pełnego skupienia i przewidywania nieprzewidywalnych ludzi, dzieci, kóz, krów i innych uczestników ruchu.

Chciałeś mieszkać w Afryce?To jedna z cen, które musisz ponieść.

Comments

Rated 0 out of 5 stars.
No ratings yet

Add a rating
bottom of page