O deszczu, którego nie da się przeczytać
- Michal Dzikowski
- 2 days ago
- 3 min read

Dla Polaka ze wsi wiele rzeczy jest egzotycznych. I tego właśnie zawsze chciałem doświadczyć i zrozumieć. Doświadczyć jak najwięcej. Zobaczyć ile się da. Pozwolić mojej głowie widzieć i czuć maksymalne ilości wszystkiego, żebym nie musiał wyobrażać sobie, jak wygląda słoń, jakie to uczucie, gdy budzisz sie w Serengeti, ani jak brzmi kropla deszczu spadająca na Saharę.
Po części chciałem sprawdzić, czy pisarze, których czytałem jako dziecko, nie kłamią. A po części dlatego, że nie chciałem polegać na cudzych słowach. Chciałem sam sprawdzić.
W dosyc mlodym wieku zrozumiałem, że bez względu na to, jak dużo będę czytał i jak długo, nie jestem w stanie przeczytać wszystkiego o wszystkim. Zrozumienie, że nie doświadczę wszystkiego, co życie ma do zaoferowania, przyszło później. Obie realizacje były bolesne.
Zweryfikowałem więc podejście. Wybieram teraz książki i doświadczenia świadomie. Skoro nie mogę wszystkiego, chcę przynajmniej naprawdę przeżyć to, co wybiorę.
Dlatego dziś będzie o porze deszczowej, której egzotyka polega na dysonansie między tym, co pamiętam o deszczach z Polski, a tym, czego doświadczam tutaj.
Sezonowość w Polsce to różnice temperatur. Opady są w miarę równomierne. Tutaj sezonowość to różnice w wilgotności, a większość opadów przypada na marzec–maj, w które właśnie wchodzimy.
Zaczyna się w listopadzie. Robi się coraz cieplej. Dużo cieplej. Najpierw czujesz, że słońce mocniej praży, a chodzenie boso po ciemnych powierzchniach zaczyna parzyć. To jeszcze jest do zniesienia, bo wystarczy schować się w cień.
Od lutego jest już inaczej. Nie tylko cieplej. Drastycznie rośnie wilgotność. Ocean Indyjski paruje, powietrze staje się ciężkie. Przejście w cień niewiele daje. Zaczynasz czuć się jak w saunie.
W lutym przestaję nosić bawełnę, nawet najlżejszą. Wszystko się klei, skóra poci się z każdego pora. Nawet kiedy się nie ruszasz, pot jest wszędzie.
Od marca unikasz słońca i ruchu. Poruszasz się między domem a samochodem z klimatyzacją. Automatycznie zwalniasz. Chodzisz wolniej. Robisz mniej. Unikasz wysiłku, bo jest tak gorąco i duszno, że nawet wytarcie się ręcznikiem po prysznicu sprawia, że po chwili znów jesteś mokry. Termometr w samochodzie pokazuje 35–38 stopni i niemal stuprocentową wilgotność.
Nad horyzontem, zwykle niebieskim, zaczynają gromadzić się chmury. Duże. Ciężkie. Z dnia na dzień jest ich więcej, a upał i wilgotność stają się nie do zniesienia. Mieszkałem wiele lat w Galway w Irlandii i żartuję, że pogoda na Zanzibarze jest dokładnym odwróceniem pogody w Galway. Tutaj mamy około 300 pięknych dni i kilkadziesiąt pochmurnych. W Irlandii niemal odwrotnie.
To jeszcze nie deszcz. To długie, lepkie i męczące preludium.
Pewnego poranka budzę się i świat jest szary. Nie ma pełnego słońca. Są chmury wszędzie. Budzi mnie dźwięk, jakby ktoś wywrócił wannę pełną wody nad moim domem. Ściana deszczu. Głośna. Każdy inny dźwięk milknie, nie jest w stanie przebić się przez szum wody.
W kilka minut powstają ogromne kałuże. Niżej położone drogi zamieniają się w potoki. A ja oddycham z ulgą.
Przyszły deszcze. Przyszła zima. Można odetchnąć. Wszystko zwalnia.
Tutaj deszcz to nie melancholia i kawa przy oknie z zapachem jesieni. To ulga i ściana wody, która zatrzymuje życie, ale jednocześnie je daje. Natura reaguje natychmiast. Wszystko odżywa. Zielenie są tak intensywne, że masz ochotę je dotknąć, a nawet zjeść. Drzewa i busz rosną tak szybko, że po kilku dniach trudno rozpoznać otoczenie. Jakby ktoś podał naturze multiwitaminę i wszystko zaczęło rosnąć jak na drożdżach.
I wtedy myślę o chłopaku ze wsi, który chciał wiedzieć, jak to jest naprawdę. Nie z książki. Nie z opowieści. Z własnej skóry.
Teraz wiem.
Pora deszczowa nie jest już czyimś akapitem w powieści. Jest ciężarem powietrza, którym oddychasz. Jest potem, który nie wysycha. Jest hukiem wody, który zagłusza świat. I jest ulgą, na którą czekasz z niecierpliwością.
Nie przeczytam wszystkich książek. Nie zobaczę wszystkiego.Ale pory deszczowej nikt mi już nie opowie.
Ja wiem, jak to jest, kiedy życie zmienia się z dnia na dzień. Kiedy musisz poczekać, aż przestanie padać, żeby dojść do samochodu, bo jeśli nie poczekasz, to tak jakbyś sam wylał na siebie wiadro wody. Wiem, jak to jest stać w powietrzu ciężkim jak mokry koc i czekać na deszcz, który niesie życie, spokój i odpoczynek.



Komentarz zbędny, czyta się samo. I czuje się, dosłownie, to samo.